To nie są moje ulubione słodycze. Rzekłabym nawet, że akurat trufli czekoladowych firmy Wawel w ogóle nie lubię. Za to R. – wręcz przeciwnie. Jest wielkim fanem tych właśnie czekoladowych cukierków. Chodzi pewnie o to, że w smaku są bardziej czekoladowe niż słodkie, i ilekroć jesteśmy w sklepie, to paczka tych trufli musi się znaleźć w naszym koszyku.
W moim odczuciu cukierki te lepiej wyglądają niż smakują – są “eleganckie” i swobodnie można postawić je na stole dla gości bez obaw, że wszyscy będą patrzeć na nie krzywo. Ale żeby tracić dla nich głowę? Cóż, to już kwestia gustu. :)
Horalky nie różnią się może jakoś wybitnie smakiem (chociaż są bardzo słodkie, ale jak może smakować wafelek?), za to ich największą innowacją jest polewa, a raczej forma tej polewy (bo raczej nie skład). Opis na opakowaniu jest taki: “Wafel w obwodowej polewie kakaowej przekładany kremem mlecznym”. I jest to bardzo trafne określenie. :D Co za tym idzie dostajemy wafla w polewie, w którym jednak najbardziej czuć właśnie wafla. W tej chwili pojawiły się już wzorowane na Horalkach Grześki, w serii “Skrajnie fajne”. Horalky różnią sie tym, że jest to ich główny znak rozpoznawczy.
Występują w czterech smakach, ale my mieliśmy przyjemność poznać tylko trzy: czekoladowe, orzechowe i mleczne. Poza nimi są jeszcze na rynku kokosowe, których jednak nie widziałam w sklepie. Horalky są produktem słowackim, w Polsce pojawiły się już w 2007 roku, ale jakoś nie zyskały popularności. Dopiero ostatnia kampania reklamowa miała to zmienić, podkreślając przy tym niezwykły wygląd wafelków.
Generalnie nie jestem fanką takich przekąsek – ani Princessa, ani wspomniane już Grześki nigdy specjalnie mi nie smakowały. Ale Horalky wzbudzają moją wielką sympatię i wyjątkowo przypadły mi do gustu. Są piekielnie słodkie, ale smaczne. Miłe z nich urozmaicenie dnia, szczególnie w pracy. :)
Skusiliśmy się na piernik w kształcie podwójnego serca, który był sprzedawany na stoisku w Arkadii. Wyglądał ładnie, był też ładnie zapakowany w folię. Oczywiście wokoło kłębili się ludzie, bo Walentynki były zaraz następnego dnia, więc na ten zakup skusiłby się chyba każdy.
Lubię pierniki, ale akurat w okresie walentynkowym wciąż nam się jakoś nie składało żeby ten zakup zjeść – piernik czekał na swój dzień. Czas na niego przyszedł około 2-3 tygodni później, rozpakowaliśmy go, przełamaliśmy i… zjedliśmy. Ale niestety, nie w całości. Okazało się, że był to najgorszy piernik, jaki dotąd jedliśmy. Suchy, podobny w smaku do kartonu, do tego jeszcze lukrowe ozdoby też były paskudne. R. po spróbowaniu kawałka resztę swojej części wyrzucił do śmieci. Ja zjadłam mniejszy kawałek i o dokładkę już nie poprosiłam.
To cudo kosztowało 15zł. Mogliśmy za to kupić dużą, dobrą czekoladę i jeszcze by nam zostało. :(
Ciastka są tej samej firmy co Piernik Duet, czyli firmy Tago. Są jednak zdecydowanie gorsze, mimo korzennego smaku, który ma wielu swoich miłośników. Przede wszystkim są to ciastka bardzo suche (i to suche w taki nieprzyjemny sposób, jakby się zeschły od długiego leżenia) i w dodatku totalnie zaklejające. Po prostu od razu trzeba je popić herbatą, bo inaczej jest się zupełnie zatkanym. W smaku też są niespecjalne – nie są przyjemnie aromatyczne, tylko po prostu intensywnie przyprawione, niemal czuć, że to “sztuczne” ciastka, a nie dobry domowy wypiek. Bardzo przykre doświadczenie, zdecydowanie ich nie polecam. :(
Tak, wiem, wpis jest bardzo nie na czasie, bo Boże Narodzenie jest już baaardzo dawno za nami, ale zbliżająca się wielkimi krokami Wielkanoc przypomniała mi o bożonarodzeniowych kalendarzach adwentowych z czekoladkami. Mam do nich wielki sentyment, bo kojarzą mi się z dzieciństwem – kalendarze te są bardzo popularne w Niemczech i tam po raz pierwszy w życiu przekonałam się jak to jest otwierać jedno papierowe okienko dziennie i zjadać jedną czekoladkę przeznaczoną na dany dzień. :) Wiadomo, że teraz, gdy jestem dorosła, a kalendarze adwentowe zawitały i do naszego pięknego kraju, patrzę na to inaczej, ale wtedy sprawiało mi to mnóstwo radości. Inna sprawa, że czekolada w kalendarzach adwentowych sprzedawanych teraz w Polsce nie smakuje mi już tak bardzo jak ta niemiecka z czasów dzieciństwa. I to nawet mimo tego, że kalendarz widoczny na zdjęciu jest produkcji niemieckiej. ;)
Owoce marcepanowe otrzymaliśmy w ramach prezentu z zagranicy, a dokładnie to z Sycylii. Zjedliśmy je powoli, po jednym, bo były potwornie słodkie. Na uwagę zasługiwało na pewno ich bardzo staranne wykonanie – gruszka i mandarynka naprawdę robiły wrażenie i nawet z bliska można było się pomylić. Po otwarciu opakowania owoce te nie powinny zbyt długo leżeć, bo masa marcepanowa twardnieje i potem trudno się ją gryzie. Nasze owoce na szczęście nie zdążyły zmienić konsystencji - nie daliśmy im szansy. ;)
Swego czasu były to moje ulubione pierniczki. Z jednej strony polano je białą słodką polewą, a z drugiej czekoladą. Są w tradycyjnym kształcie, czyli całkiem sporego serca, a do tego bardzo słodkie i równocześnie bardzo dobre i “piernikowe”. Nie mają nadzienia, co uznaję za wielki plus (nie przepadam za nadziewanymi pierniczkami). Nawet jeśli w otwartym opakowaniu poleżą trochę i wnętrze im się zeschnie, to i tak do gorzkiej herbaty lub kawy pasują idealnie. :)
Z Chin przywieziono nam ciasteczka. Są one zupełnie inne od naszych – bardziej suche, chrupkie, przypominające wafle ryżowe (bo to w końcu ciasteczka ryżowe), do tego bardzo lekkie (także wagowo). Te okrągłe mają odrobinę polewy, która powoduje, że są słodsze. Oba rodzaje mają specyficzny, całkiem przyjemny smak i nadają się na lekką przekąskę. Smak jest jednak na tyle różny od naszych ciężkich ciastek, że nawet słodkie nie każdemu przypadną do gustu. Jedni będą je uwielbiać, inni niekoniecznie. Nam smakują.
Ciasteczka są pakowane po dwa w folię i dopiero takie małe paczuszki są pakowane w większe paczki.
W sieci sklepów Piotr i Paweł wypatrzyłam na półce te właśnie ciastka korzenne. Kupiłam je i razem z R. staliśmy się ich wielkimi fanami, bo są naprawdę bardzo dobre. Cenowo są przystępne, a dodatkowo zapakowane w naprawdę ładne pudełko. Bardzo pasują do gorzkiej herbaty. :)
Mimo ładnego pudełka, nie trzymam ich w nim. Wysypuję je do metalowej puszki, bo wygodniej jest do niej sięgać i ładniej wygląda postawiona na stole. Ale przyznam cichutko że to właśnie pudełko zachęciło mnie do kupna za pierwszym razem. :) R. kojarzą się w smaku z ciastkami z IKEA, i coś w tym jest. Poza tym obłędnie pachną. :D
Kupiliśmy je w sklepie “Piotr i Paweł”, bo wydały nam się interesującym pomysłem – czekolada w kształcie chipsów to w końcu niecodzienny deser. Dostępne są wersje: orzechowa (na tę się skusiliśmy), pomarańczowa, miętowa, z mlecznej czekolady i z czekolady deserowej. I muszę przyznać, że jest to przekąska bardzo sympatyczna, ale też zdradliwa. Kształt czekolady powoduje, że mamy wrażenie, że jemy mniejsze, lżejsze porcje i co za tym idzie - chętniej sięgamy po następnego chipsa. Czekolada jest wymieszana z drobnymi chrupkami, które nadają całości przyjemniej konsystencji (czyli: chrupkości).
Chipsy są pakowane elegancko, nie ma obawy, że się połamią lub zgniotą. Jak na pudełko takiej wielkości nie jest ich jakoś bardzo dużo, ale dzięki temu zjadamy ich mniej. :)
Zdecydowanie polecam je jako odmianę od klasycznych tabliczek czekolady. Tym bardziej, że chipsy te są naprawdę bardzo smaczne. :)